O presji, straszeniu i sianiu paniki przez logopedów

O presji, straszeniu i sianiu paniki przez logopedów

Jedna z moich wykładowczyń ze studiów powiedziała kiedyś, że czarne punkty na drogach działają na nią odwrotnie niż zamierzał ich inicjator — widząc tablice, informujące o ilości zabitych, przyspiesza, by jak najszybciej ominąć niebezpieczne miejsce. Przypominam sobie tę wypowiedź, kiedy czytam niektóre — skierowane do rodziców — artykuły logopedyczne.  W czym tkwi analogia? Już wyjaśniam, o co mi chodzi.

Dwa typy wypowiedzi — ta sama intencja, różne efekty

Dwa najbardziej charakterystyczne typy wypowiedzi o charakterze „uświadamiającym” (na forach i blogach logopedycznych) uprościłabym do takich oto wersji:

Wypowiedz nr 1: Wiemy, że dbasz o prawidłowy rozwój swojego potomka. Już samo czytanie tego artykułu jest przecież dowodem Twojego zaangażowania. Jeśli będziesz potrzebować naszej pomocy, wiedz, że jesteśmy otwarci i gotowi. Jeśli zauważysz zatem u swojego dziecka, że trzyma język między zębami, możesz zajrzeć do nas lub innego logopedy. Jeśli uznamy, że faktycznie coś jest nie tak — nie stresuj się, wszystko da się naprawić — wiemy, co robić, rozwiążemy ewentualny problem.

Wypowiedź nr 2: Nie lekceważ u swojego dziecka interdentalnej realizacji głosek. Jak najszybciej udaj się do logopedy, nic nie rób na własną rękę, toż to nie jesteś przecież specjalistą i na pewno coś zepsujesz. Twoje dziecko na pewno połyka w sposób infantylny, co ma olbrzymie konsekwencje zdrowotne (popsuje mu się to i tamto), język ma pewnie niespionizowany i w ogóle jaka tragedia, że dopuściłeś, rodzicu, do takiej sytuacji. Patologię trzeba natychmiast wyeliminować.

Wypowiedź nr 1

Pierwszy typ przekazu uspokaja i rodzi rodzaj poczucia bezpieczeństwa, być może nawet komfortu psychicznego. Nie wywołuje strachu (w końcu jeszcze nic nie wiadomo, a nawet jeśli się okaże, że coś u mojego dziecka z mową nie gra, to przecież ten logopeda wie, co trzeba robić). Rodzic nie zostaje oceniony i nie martwi się o to w późniejszym czasie. Nie wzbudzono w nim niepotrzebnych wyrzutów sumienia, a jedynie poinformowano o możliwości rozwiązania ewentualnych deficytów (logopeda jest gotowy do pomocy). Wydaje mi się, że przeczytanie przez rodzica wypowiedzi internetowej o takim wydźwięku, zrodzi w nim pozytywne emocje. Umówienie się z logopedą będzie wyłącznie decyzją rodzica („decyduję się”, „wybieram”), bez presji, która towarzyszy wielu rodzicom (głównie matkom) w kwestii rozwoju ich dziecka.

Wypowiedź nr 2

Rodzic nastraszony z kolei (drugi typ wypowiedzi), może się zachować jak ktoś, kto podejrzewa u siebie chorobę: na wszelki wypadek się nie zbadam, żeby się nie okazało, że coś mi jest. Taki rodzic czuje, że musi pójść z dzieckiem do logopedy, ale będzie to odkładał w nieskończoność. Wizyta będzie się przecież wiązać ze strachem i o dziecko (a jeśli mu coś jest), i o siebie samego (a jeszcze mnie oskarżą, że coś zrobiłem źle). Odkładanie wizyty rodzi wyrzuty sumienia. Decyzja o umówieniu się do specjalisty (w końcu dali do zrozumienia, że tylko oni się znają) wynikać będzie z przekonania o takiej konieczności („muszę”, „powinienem”). Lęk, jaki wzbudzono w rodzicu, nie będzie służyć dobrze ewentualnej terapii.

Intencja wszystkich artykułów jest podobna – chęć skłonienia rodzica do udania się z dzieckiem do logopedy. Próby uświadamiania matek i ojców, wywołujące w efekcie panikę, uważam za mało skuteczne. Straszenie nie bywa dobrą strategią. Presja społeczeństwa (dotycząca bycia idealnym rodzicem) rodzi nieustanne wyrzuty sumienia. Powodować może, moim zdaniem, próby unikania przez rodziców sytuacji, w których ktoś mógłby ich oceniać (Nie dość, że teściowa podważa stosowane metody wychowawcze, sąsiadka patrzy krzywym okiem, ludzie w sklepie komentują zachowanie dzieci, to jeszcze jakaś logopedka powie, że coś zrobiłem źle).

Normy rozwojowe — zagrożenia

Podstawowym sposobem wzbudzania niepokoju rodziców jest podawanie norm rozwojowych – tabeleczki z liczbami wyglądają sucho, trudno z nimi dyskutować, rodzic powinien się ugiąć i pójść wreszcie do logopedy.

Myślę, że niebezpieczne jest odwoływanie się do norm rozwojowych bez wystarczającego komentarza. Normy opracowane wiele lat temu niekoniecznie są jeszcze aktualne. Sceptycyzm rodzą we mnie wypowiedzi logopedów, twierdzących, że 3/4, a niekiedy więcej przebadanych osób, okazało się mieć wadę mowy. Nie myślę wtedy o tym, że — o matko, papki jedzą, to źle gadają — ale czuję niepokój dotyczący przyjętych w badaniu norm. Nie może być tak, że normą jest mniejszość. Poza tym nie ma zgody wśród badaczy odnośnie normy dla wielu zjawisk, co tym bardziej sugeruje ostrożność w restrykcyjnym trzymaniu się liczb, przedstawionych przez jednego badacza.

Co jeszcze mnie denerwuje? Kiedy rozwój dziecka porównuje się tylko do rówieśników (analiza interindywidualna) bez brania pod uwagę osobniczego rozwoju (analiza intraindywidualna). Jeśli dziecko zaczęło mówić w wieku 4 lat, to nie powinno się od niego oczekiwać w wieku lat 6, by mówiło [r] i [sz], [ż], [cz], [dż] i informować rodziców, że normy są takie, że to i tamto, ale raczej dostrzec to, że kierunek rozwoju mowy jest właściwy. Za szkodliwe uważam także próby przyspieszania niektórych procesów „na chama”.

Skutki zastraszania rodziców

Myślę także, że zastraszanie rodziców (zakładam, że nie zawsze świadome, zawsze w dobrej intencji) rodzi niekorzystne skutki zarówno w psychice rodzica, jak i dla dobra ewentualnej terapii. Wzbudzenie w rodzicu lęku spowodować może reakcję podobną do tej, gdy kierowca przyspiesza widząc czarny punkt. Skoro wizyta z logopedą wzbudza strach, niepewność, przerażenie itp. to podświadomość, dążąca do zachowania równowagi psychicznej, każe uniknąć stresującej sytuacji, co doprowadzi do zaprzeczania (to na pewno nie dotyczy mojego dziecka), odkładania realnych działań (zadzwonię jutro) czy samego podjęcia decyzji (pójdę z dzieckiem do logopedy).

Tak sobie myślę, że nie tędy droga, i liczę jednocześnie na rozwój dyskusji w tej kwestii.

SIMILAR ARTICLES

0 1597

2 KOMENTARZY

  1. ciekawy artykuł, aczkolwiek nie spotkałam się z tak skrajnym podejściem. Choć kwestionariusz badania mowy nie zakłada skutków nieprawidłowej realizacji czy problemów komunikacyjnych, a raczej prognozę poszczególnych części terapii to jednak jakoś tę prawdę rodzicowi trzeba przekazać. Nie informuję rodzica ” musicie rozpocząć terapię już teraz”, a raczej „proponuję terapię, ponieważ to i to odstaje od normy na podstawie diagnozy różnicowej”. Jeśli żre papki i pije z butli czy ciągnie smoka to informuję że nie zacznę terapii dopóki nie odstawią, staram się argumentować, tłumaczyć… choć czasem rodzic jest mądrzejszy 🙂 a wtedy logopeda straszy…

    • Rodzica trzeba poinformować o skutkach dostrzeżonych podczas diagnozy problemów logopedycznych, jest to wręcz obowiązek. Moim celem było zwrócenie uwagi jedynie na formę tego przekazu. Pisząc post miałam bardziej na myśli artykuły logopedyczne, bo to ich lektura skłoniła mnie do wyrażenia swojej opinii. Samej zdarza mi się napisać w tonie „straszenia”, ale skoro doszłam do jakiejś refleksji w tym temacie, miałam się ochotę podzielić:)

Skomentuj