Authors Posts by Patrycja Bilińska

Patrycja Bilińska

Patrycja Bilińska
316 POSTS 22 COMMENTS

Testowałam planszową grę logopedyczną od Kapitana Nauki – jest na tyle warta zwrócenia uwagi, że chciałabym Wam o niej opowiedzieć. Zapraszam na bal w lesie – będzie miś, jeż, bóbr i dwie sympatyczne wiewiórki. Jedna z nich niesie dla nas ciastka.

Dla kogo: gra jest uniwersalna – zadania są dobre dla dzieci będących w terapii logopedycznej, sprawdzą się też w ramach profilaktyki, będą się przy niej wspaniale bawić dzieci bez problemów tzw. logopedycznych. Osobiście poleciłabym ją dzieciom z zaburzeniami przetwarzania sensorycznego, w tym szczególnie z problemami z obustronną koordynacją ruchową i planowaniem ruchów. Producent zaplanował przedział wiekowy 3-7 lat. Podczas zajęć testowałam grę też na starszych dzieciach – były zachwycone.

Plusy: gra wyróżnia się przede wszystkim tym, że dostosowana jest to współczesnych dzieci, które nie umieją przegrywać. Rywalem jest bowiem nie inny, realny przeciwnik, ale wiewiórka Kitka, która porusza się według stałych zasad – albo jeden, albo dwa pola. Podczas zajęć logopedycznych nie mamy zatem sytuacji, w której nasz podopieczny przegrywa z rodzicem, albo z logopedą. Uważam, że nie jest dobrym pomysłem pozwalanie zawsze dziecku na zwycięstwo (trzeba umieć też przegrywać), niemniej jednak wybuch płaczu z powodu przegranej „rozbije” nam zajęcia. Łatwiej dzieciom, które boją się porażek, grać w grę, w której jesteśmy wszyscy w jednej drużynie przeciwko nierealnemu bohaterowi. Opowieść wprowadzająca w grę (leśne zwierzęta przygotowują bal) tłumaczy, dlaczego musimy zdążyć do stołu ze smakołykami przed wiewiórką. Ona nie jest naszym wrogiem – niesie smakołyki, a my planujemy pokręcić się razem z bobrem na karuzeli. Nie możemy kręcić się z pełnymi brzuchami.

Plusem gry są także zadania rozwijające nie tylko sprawność oralną, ale ogólnie motoryczną (równowaga, planowanie ruchów, koordynacja ruchowa). Aby zrozumieć polecenia, trzeba skupić uwagę słuchową. Zadania wplecione w wyścig stają się dla dziecka atrakcyjnymi wyzwaniami – dziecko nie czuje, że są to ćwiczenia i element pracy logopedycznej.

Podobają mi się pionki – dwie kolorowe wiewiórki. Kostka też – drewniana, większa niż tradycyjna. Ilustracja na planszy jest atrakcyjna graficznie, co rzadko się zdarza w grach logopedycznych.

Jedynym minusem gry może być to, że razem z dzieckiem gramy z drużynie wiewióra Ogonka (chłopiec) – chcemy dobiec szybciej do mety od wiewiórki Kitki (dziewczynka), na co mogą być wrażliwe niektóre dzieci. Myślę jednak, że w sytuacji, w której naszym uczniem jest dziewczynka, można zamienić wiewiórki. I po problemie.

Podsumowując, gra „Leśny bal” sprawdzi się nie tylko w gabinecie logopedy, ale także pedagoga i psychologa. Nadaje się na prezent urodzinowy.

0 781

Opowiem Wam dzisiaj o trzech produktach marki Jellystone. Miałam okazję testować gryzak-naszyjnik dla mam i nastolatek, gryzak dla dzieci oraz butelkę sensoryczną.

Gryzaki terapeutyczne

Rodzice często denerwują się, że ich dzieci gryzą palce, koszulkę, długopis. Pytania, jakie często słyszę w takich przypadkach, dotyczą tego, jak dziecko takiego nawyku oduczyć. Moim zdaniem, nawyków się nie oducza, ale wprowadza nowe, które zastąpią stare. Skoro dziecko gryzie przedmioty, musi mieć taką potrzebę. Zabierając dziecku możliwość gryzienia, spowodujemy u niego frustrację wynikającą z niezaspokojonych potrzeb. Jakie to mogą być potrzeby? Najczęściej psychologiczne (np. gryzienie w sytuacjach lękowych) – i wówczas dobrym rozwiązaniem jest wizyta u psychologa – lub sensoryczne wynikające z potrzeby doznań proprioceptycznych. W tym drugim przypadku mogą się sprawdzić masaże dociskowe i gryzaki.

W jaki sposób wycofać zły nawyk? Wprowadzić dziecku nowy, bezpieczniejszy. Nie można bowiem czegoś zabrać, nie dając nic w zamian. Tak samo jest z eliminowaniem smoczka.

Gryzaki od Jellystone uważam za warte uwagi ze względu na atrakcyjny dla dziecka wzór: któż nie miałby ochoty pogryźć sobie ludzika lego? Gryzak testował mój jedenastoletni syn. Był zachwycony. Odpowiadał mu kształt i smak.

A teraz najlepsze: dla dorosłych kobiet i nastolatek marka proponuje silikonowe gryzaki-naszyjniki. Wyglądają tak dobrze, że nikt się nie zorientuje, jaka jest ich pierwotna funkcja.

Butelka sensoryczna

Butelkę od Jellystone robimy sami – instrukcja jest prosta, atrakcyjne wypełnienie dołączone jest do opakowania, my dolewamy wodę. Butelkę pokazywałam dzieciom w różnym wieku. Zachwycały się nią zarówno dwulatki, jak i dzieci ośmioletnie.

Jak się bawiłam z maluchami? Mówiłam, że mam nową, czarodziejską butelkę, która po wydaniu określonego dźwięku (uzależnionego od aktualnych celów logopedycznych, np. ziu) odwraca się. Dzieci bardzo chętnie powtarzały dźwięki – butelka się odwracała – a one pełne zachwytu, obserwując spadający brokat z innymi ozdobami, krzyczały: „O, oko! O, zamek! Jeszcze, jeszcze: ziuuuuu”.

Inaczej mówiąc: butelka się sprawdza na zajęciach logopedycznych.

PS Gadżety, które testowałam, pochodzą od Baby&Travel.

1 903

Współcześni rodzice bombardowani są niezliczoną ilością rad i zaleceń dotyczących tego, jak stymulować rozwój dziecka. Poradniki dla młodych rodziców, blogi parentingowe, ale też blogi specjalistyczne, prowadzone przez psychologów, logopedów, fizjoterapeutów i innych specjalistów od rozwoju dziecka przyczyniają się do budowania w rodzicach przekonania, że stymulować rozwój dziecka trzeba. Ze względu na to, że rodzicom brakuje czasu na realizację przeczytanych zaleceń pozostają z wyrzutami sumienia, że nie są wystarczająco dobrymi rodzicami.

            Moda na stymulowanie dzieci związana jest ze zjawiskiem transformacji rodziny i zmianą postaw wobec dzieci. Współcześnie bowiem przywiązuje się dużą wagę do rozwoju dzieci od samego początku. Wielu rodziców czuje wręcz presję, żeby popychać swoje dziecko w rozwoju. Konsekwencją są dzieci znudzone, przemęczone, przestymulowane. Takie, które nie umieją sobie same zorganizować czasu, bo od zawsze ten czas organizowali im dorośli. Dziecko współczesne nudzi się w pokoju pełnym zabawek. My jako dzieci umieliśmy wymyślić dobrą zabawę z patyków.

            Uważam, że dziecku bez obciążeń, takiemu, u którego nie ma podstaw do podejrzewania niepełnosprawności czy dysfunkcji, wystarczy w rozwoju nie przeszkadzać. Mówiąc: nie przeszkadzać, nie mam na myśli: nie interesować się. Chodzi o mi rezygnację z przyjmowania wobec swojego dziecka postawy terapeutycznej. Rodzic ma być rodzicem. Nie tylko. Aż.

            G. Mahoney, I. Finger, A. Powell badali związek między rozwojem dzieci a stylem zachowania matek podczas interakcji. Co się okazało? „negatywnie związane z poziomem rozwoju poznawczego dziecka były kontrola (dyrektywność, niewrażliwość na okazywane przez dziecko zainteresowanie) oraz stymulowanie (oznaczające dużą dominację matki). Najlepiej rozwijały się dzieci, których matki nie były dyrektywne ani kontrolujące. Pozwalały one dziecku na kierowanie przebiegiem interakcji, a same uczestniczyły w nich z entuzjazmem w sposób spełniający dziecięce oczekiwania. Wspierały aktywność dzieci, w mniejszym stopniu zaś starały się angażować je w to, co same chciały. Akceptowały zachowania dziecka także wówczas, gdy było ono nieodpowiednie do wieku” [1].

Inaczej mówiąc: kiedy rodzic wchodzi w rolę dyrektywnego, kontrolującego nauczyciela, który narzuca dziecku formy aktywności, dąży do tego, żeby za wszelką cenę czegoś je nauczyć – osiąga gorsze efekty od tych rodziców, którzy bawią się ze swoimi dziećmi na ich warunkach i wykazują się dużą dozą akceptacji.

Nie ma potrzeby organizowania specjalnego czasu, który miałby tzw. edukacyjne znaczenie. Co więcej – niektóre próby wymuszania na dzieciach różnych umiejętności, mogą mu nawet zaszkodzić.

W dalszej części tekstu przeczytasz o tym, co dzieciom w rozwoju przeszkadza. Przedstawię subiektywną listę ośmiu czynników mających negatywny wpływ na rozwój mowy dziecka.

1. Nadopiekuńczość

Zdrowe, małe dzieci mają motywację wewnętrzną do doświadczania świata i potrzebę uczenia się nowych umiejętności. Opiekunowie mogą im pomóc w osiągnięciu sukcesu na ich poziomie rozwoju, ale mogą też zahamować dziecięce próby i starania. W jaki sposób można dziecko zniechęcić do samodzielności? Mówiąc, że jest za małe na robienie czegoś lub proponując, że sami coś zrobimy – co daje dziecku informację: „rodzic zrobi to lepiej”, a docelowo negatywnie wpływa na dziecięce poczucie wartości.

Sytuacją, w której dzieci są wyręczane najczęściej, jest jedzenie. Jeśli nie ma takiej konieczności, nie karmmy dziecka. Pierwsze próby kierowania łyżki do ust może podjąć dwunastomiesięczne dziecko. Czasem rodzice karmią dzieci z tego powodu, żeby nie pobrudziły kuchni i siebie. Jeśli to dla nas problem, możemy powiedzieć sobie: „On się dzięki temu rozwija” i pozwolić mu na pobrudzenie się.

2. Zabawki interaktywne

Przypisywane im słowo „edukacyjne” jest, moim zdaniem,  nieporozumieniem. Patyki z podwórka mają więcej wartości edukacyjnej niż zabawka interaktywna. Zabawa patykami wpływa na rozwój etapów zabawy: kiedy dziecko wyobraża sobie, że patyk jest czymś innym niż jest w rzeczywistości, mamy do czynienia z zabawą symboliczną.  Wcześniejsza w rozwoju jest zabawa tematyczna, kiedy dziecko bawi się w coś, np. samochodzikami w parkowanie ich do garażu. Rozwój zabawy ściśle łączy się z rozwojem inteligencji dziecka, dlatego zabawa nie jest czasem zmarnowanym dla jego rozwoju, jest wręcz koniecznym, aby ten rozwój następował. Zabawa symboliczna według Piageta może się pojawić u dwuletniego dziecka. Pomyślmy tymczasem o zabawkach interaktywnych: kontakt małego dziecka z zabawką interaktywną przeważnie polega tylko na bezmyślnym wciskaniu przycisków. Taka forma aktywności nie uczy niczego i nie rozwija. Co jest w tych zabawkach złego?

Przede wszystkim, zabawki te nadmiernie pobudzają. Układ nerwowy małego dziecka nie jest gotowy do odbierania tak dużej liczby bodźców. W efekcie po kontakcie z taką zabawką dziecko jest przestymulowane, sfrustrowane i marudne. Zabawki interaktywne źle wpływają na rozwój uwagi. Częsty kontakt z nimi powoduje, że dzieci mają później problem ze skupianiem uwagi na przedmiotach i czynnościach, nazwijmy je „zwykłych”. W przedszkolu nie skupią się na czytanej przez panią bajce, nie zechcą układać puzzli. Długotrwały kontakt z przestymulowującymi przedmiotami – najpierw zabawkami edukacyjnymi, potem tabletami i telefonami – przełoży się na gorsze funkcjonowanie w szkole.

Ostatni minus zabawek interaktywnych: nie są one robione przez specjalistów od rozwoju dzieci, ale przez producentów zabawek. Nie spotkałam się nigdy z zabawką interaktywną, która nie miałaby żadnych błędów – i nie mam tu na myśli problemów z działaniem. Oto fragment piosenki hiphopowej:

„Mój ziom ma dziecko, dziecko ma zabawki, a wśród zabawek jest
Gąsienica, która recytuje alfabet (autentyk!).
Jak ją wcisnąć w brzuch to gra piosenki,
W których słowa mają poprzestawiane akcenty”

(Łona i Webber, To nic nie znaczy)

To, co zauważyli raperzy, jest częste: głos w zabawkach nagrywany jest przez przypadkowych ludzi – nie przez lektorów czy aktorów, którzy umieją prawidłowo akcentować słowa. Spotkałam się nawet z wadami wymowy.  Co do kwestii metodycznych –  często zabawki interaktywne są reklamowane jako te, które wspierają naukę czytania. Tymczasem one tę naukę utrudniają. Dzieciom nie mówi się: be jak baranek czy em jak mama. Dzieciom podaje się nazwy głosek, a nie nazwy liter. Mówimy [b] jak baranek i [m] jak mama. Dlaczego? Z em-a-em-a nie uda się złożyć wyrazu mama.

Czy każdy kontakt z zabawką interaktywną jest zły? Nie, nie każdy. Jeśli rodzic usiądzie z dzieckiem i będzie kontrolował przebieg aktywności, wówczas jest szansa na to, że taka zabawka może mieć zalety.

3. Brak możliwości swobodnego eksplorowania otoczenia

Większość dzieci, która przychodzi do mnie do gabinetu z powodu opóźnionego rozwoju mowy, łączy dwie rzeczy: mała sprawność rąk oraz niechęć do dotykania i brudzenia się. Dzieci nie chcą wkładać rąk do mas plastycznych, po użyciu kleju do papieru od razu chcą myć ręce. Poznałam takie, które w reakcji na dotknięcie mąki, krzyczały: ała! Tymczasem małe dziecko rozwija się dzięki temu, że dotyka, dlatego utrudnianie dzieciom eksploracji otoczenia może się skończyć nie tylko opóźnionym rozwojem mowy, ale także zaburzeniami karmienia  o podłożu sensorycznym oraz zaburzeniami integracji sensorycznej. Dzieci, które mają się prawidłowo rozwijać, muszą dotykać. Czego się zatem nie robi? Wrócę na chwilę do karmienia: pozwólmy dzieciom brudzić się przy jedzeniu – jest to sposób na odwrażliwianie twarzy. Twarz podczas jedzenia można wytrzeć na końcu posiłku, nie po każdej łyżce.

I ostatnie słowo na temat jedzenia: ryzykowne jest karmienie dzieci przy różnego typu zabawiaczach, np. przemycanie jedzenia przy bajkach. Zaleca się, żeby dzieci miały możliwość pobawić się jedzeniem – mogły je dotykać dłońmi zanim zdecydują się je zjeść. Dzięki temu oswajają się z jedzeniem, zmniejszamy tym samym ryzyko, że nasze dziecko będzie się bać nowych produktów.

4. Ciągłe zagadywanie

Co robi stereotypowy mąż w reakcji na zbyt gadatliwą żonę? Wyłącza się, kiedy ta zaczyna otwierać usta. Taką samą reakcję będzie miało dziecko, które jest z każdej strony osaczane przez ciągle mówiącego rodzica. Komunikaty do dziecka powinny być proste. Jeden komunikat i przerwa, czekamy na reakcje. Nigdy nie zadajemy dwóch pytań naraz. Zanim zaczniemy do dziecka mówić, trzeba z nim nawiązać kontakt, na przykład dotykowy, i mieć pewność, że w tym kontakcie jesteśmy.

Nawet te dzieci, które jeszcze nie mówią, potrafią odpowiedzieć wykorzystując mimikę czy gesty. Warto się na taki rodzaj komunikacji otworzyć, bo stanowi ona podwaliny do rozwijania mowy werbalnej.

Dla rozwoju mowy dziecka znaczenie ma nie tylko to, ile mówimy, ale także jak mówimy. Dzieci w pierwszej kolejności zapamiętują słowa, które są dla nich ważne, dlatego dobrze na rozwój rozumienia i nadawania mowy  wpływa nazwanie tego, na co dziecko patrzy, co słyszy, co robi. Nasze komentarze mogą być ubarwione wyrażeniami dźwiękonaśladowczymi albo różnymi powiedzonkami, najlepiej połączonymi z gestem. Np. O! To kot! Spadła piłka: ojojoj, Baba idzie: tup tup tup, O nie! Nie ma mleka.

Mówić trzeba wolno, prostymi zdaniami i z umiarem. Rodzic nadaktywny w produkowaniu komunikatów, przeważnie ma wycofane dziecko. Nie daje dziecku przestrzeni do zaistnienia.

5. Uprzedzanie potrzeb dziecka

Dziecko, którego rodzice odgadują wszystkie jego potrzeby zanim ono samo zdąży je sobie uświadomić – nie musi o nic prosić. Inaczej mówiąc: mając wszystko, nie czuje motywacji do tego, by się ze swoim rodzicem porozumieć. Pierwszym i nadrzędnym bowiem celem komunikacji jest realizacja swoich potrzeb. Mówi się po to, by coś swoim mówieniem osiągnąć. Jeśli dziecko zobaczy na półce cukierki, a rodzic „nie wpadnie” na to, by je nimi poczęstować – może być pewny, że doczeka się interakcji (cały czas mówię o dzieciach zdrowych i bez dysfunkcji – dziecko z autyzmem może nie wpaść na to, żeby rodzica poprosić).

6. „Przeszkadzacze” w tle

O tym, że zbyt długie oglądanie telewizji przez dzieci źle wpływa na rozwój mowy, wiadomo powszechnie. Mniej zwraca się uwagę na telewizję w tle. Dziecko, które przebywa w pomieszczeniach wypełnionych jakimiś stałymi dźwiękami, nauczy się je ignorować. Zrodzi się wtedy problem ze słuchaniem (nie mylić ze słyszeniem). Podobnie jest z radiem – włączone cały dzień nie wpływa pozytywnie na rozwój mowy dziecka.

7. Zniechęcanie do ruchu

Dzieci rozwijają się poprzez ruch. Mowa też jest ruchem. W pierwszej kolejności dzieci muszą opanować umiejętności związane z motoryką dużą, małą, a dopiero potem można myśleć o sprawności artykulacyjnej. Przykładowo, jeśli dziecko ma zaburzoną równowagę, nie wykształci dobrej zdolności do celowych ruchów językiem (praksja). Etapów rozwoju dziecka nie można przeskakiwać, dlatego większe znaczenie dla rozwoju dwulatka ma czas spędzony na placu zabaw niż stolikowe próby nauki czytania. Na placu zabaw dziecko wygasza przetrwałe odruchy, ćwiczy koordynację wzrokowo-ruchową, równowagę, planowanie motoryczne. Zabawy tzw. stolikowe rozwijają funkcje odnoszące się do korowych części mózgu. Tymczasem praca wyższych struktur korowych zależy od integracji dokonującej się na niższych poziomach mózgu. Zanim dziecko będzie gotowe do tego, by efektywnie uczyć się przy stoliku, musi opanować wiele umiejętności, które są związane z jego ciałem. Przykładowo, żeby dziecko wykazywało się dobrą koordynacją wzrokowo-ruchową na kartce, z użyciem przyrządów pisarskich, najpierw musi wyćwiczyć koordynację wzrokowo-ruchową w przestrzeni.

8 „Zachęcanie” do mówienia

Dzieci nie lubią, kiedy się je prosi o powtarzanie sylab czy słów. Taka metoda jest nieskuteczna, dlatego nie lubię, kiedy ktoś mówi o zachęcaniu do mówienia. Dzieci „zachęcane” wycofują się, bo czują na sobie presję. Lepszy skutek odniosą strategie polegające na rozbudzaniu entuzjazmu. Załóżmy, że chcemy nauczyć małe dziecko mówienia samogłoski [u]. Płaskie obrazy są dla niego nieatrakcyjne, dlatego nie jest dobrym pomysłem pokazywanie mu obrazków, a tym bardziej liter. Szybszy efekt osiągniemy, na przykład, tak: bierzemy dziecko na ręce i kręcąc się z nim po pokoju – mówimy [uuuu]. Dążymy do tego, żeby dziecko skojarzyło dobrą zabawę w samolocik z dźwiękiem [u]. Dzięki temu nasze [u] nie będzie abstrakcyjnym dźwiękiem, ale słowem posiadającym znaczenie. Po jakimś czasie dziecko z własnej inicjatywy zacznie mówić [uuuu], bo zauważy, że dźwięk wyzwala ruch – mówię, to tata ze mną leci samolotem. Za jakiś czas dziecko przychodząc do rodzica, powie [uuuu], co będzie oznaczało: „Baw się ze mną w samolocik”. W ten sposób dziecko poczuje moc komunikacji!

[1]. Mahoney, I. Finger, A. Powell (1985) za: E. Pisula (2003), Autyzm i przywiązanie, Gdańsk, s. 18.

0 1883

Drukujemy wzory na kolorowych kartkach. Rozcinamy puzzle wzdłuż linii. Zadaniem dziecka jest ułożenie puzzli na wzorze (karta nr 2) i nazywanie obrazków (utrwalanie słów z „sz”).

Karty pobierzesz klikając prawym przyciskiem na myszce, a następnie „Zapisz grafikę jako”.

0 1374

Problemy z koncentracją są coraz częstsze u współczesnych dzieci i spodziewać się można w tym zakresie raczej pogorszenia niż poprawy. W związku z dużą ilością czasu spędzanego przez dzieci przed różnego typu ekranami, szczególnej wartości nabierają tradycyjne gry i zabawy. Uważam, że w różnego typu terapiach dzieci także tradycyjne pomoce są bardziej zasadne niż te elektroniczne. Pod słowem „tradycyjne” rozumiem te, które są wydrukowane na papierze.

Do testowania wybrałam jedną z pozycji Kapitana Nauki: „Trenuj umysł! Koncentracja”. W porządnym pudełku kryło się trzydzieści zalaminowanych, dwustronnych kart wraz z pisakiem (do wielokrotnego wykonywania „zagadek”) oraz książeczka w formacie A5 z zadaniami (48 stron). Celem zestawu jest ćwiczenie skupienia uwagi dzieci w wieku od sześciu do dziewięciu lat, czyli od etapu przygotowania do szkoły do końca nauczania wczesnoszkolnego.

książeczka z zadaniami
Przykładowa karta do wielokrotnego użycia

Zadania są atrakcyjne dla dzieci i – co ważne – wciągające. „Jak się już jedno zacznie, to się chce cały czas” – skomentował mój sześciolatek. Zadania spełniają swoje funkcje terapeutyczne: aby je wykonać trzeba skupić uwagę i wykazać się wytrwałością. Łamigłówki ponadto angażują logiczne myślenie, rozwijają spostrzegawczość, niektóre wymagają użycia wyobraźni. W zbiorze znajdują się zadania, z którymi poradzi sobie sześciolatek, ale są też i takie, które będą odpowiednie nawet dla dziewięciolatka.

Zaletą pomocy są także ilustracje (czytelne i sympatyczne) oraz cena (nie jest wygórowana jak to ma miejsce w przypadku pomocy z dopiskiem „edukacyjne”).

W przypadku wielu pomocy opis na okładce lub opakowaniu sugeruje rodzicom „cudowne działanie” danego produktu. W przypadku pomocy logopedycznych jest to często cała litania wszystkich możliwych wad mowy i zaburzeń rozwoju. Powszechnie jednak wiadomo, że jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. I być może warto taką zasadę zastosować podczas zakupów pomocy terapeutycznych i edukacyjnych. Rodzic, który nie może ocenić merytorycznie zawartości, wierzy, że dany produkt „zbawi” jego dziecko. W przypadku zestawu „Trenuj umysł! Koncentracja” opis jest adekwatny do zawartości – i to mi się podoba.

Podsumowując, zestaw „Koncentracja” jest godny zauważenia. Spełnia swoje zadanie.

Zadania przygotowały psycholog Magdalena Przedniczek oraz pedagog Joanna Zagrajek. Ilustracje wykonała Sara Olszewska. Pomoc została wydana przez Wydawnictwo Edgard (Warszawa 2020), a sprzedawana jest w księgarni internetowej Kapitan Nauka.

0 3510

Zestaw sześciu obrazków do nauki i utrwalania słowa CHOWA.

Dla kogo: dla dzieci, u których opóźnienie rozwoju mowy ma podłoże motoryczne, tj. alalii motorycznej (częściej mówi się o afazji, bo z taką diagnozą orzeczenia wystawia poradnia psychologiczno-pedagogiczna, ale dla logopedów jest to alalia), dyspraksji oraz dla dzieci, u których dominują zaburzenia syntagmatyczne w postaci upodobnień (dziecko umie wypowiedzieć każdą z sylab osobno, ale kiedy próbuje je łączyć, struktura słowa się „rozjeżdża” i w przypadku słowa 'chowa’ wychodzi [xoxa] albo [vova]).

Każdy obrazek jest okazją do powiedzenia, co robi dane zwierzę. Ono się CHOWA. Aby zmaksymalizować szansę na opanowanie słowa, warto dodać podpowiedzi gestowe. Przy „cho” można dmuchać w dłonie, a przy [v] wskazać swoje górne zęby leżące na dolnej wardze.

Obrazki można też wykorzystać jako ilustracje dźwięków wydawanych przez zwierzęta. – Kto się tu chowa? – Kum kum.

Gra dla dwóch osób polegająca na wyszukiwaniu sylab na „łapkach”. Podczas gdy jeden z graczy wyszukuje zadaną sylabę, drugi rysuje w tym czasie kółka w kratkach dookoła swojej „łapki”. Kiedy gracz wyszukujący sylabę, odnajdzie ją, drugi gracz przestaje rysować kółka. Potem następuje zmiana. Wygrywa ten gracz, który narysuje więcej kółek.

Łapki do pobrania w formacie PDF tutaj. W przypadku problemów z pobraniem pliku, proszę o mejla – wyślę plik: brzeczychrzaszcz1(małpa)gmail.com

0 2228

Każda narracja (opowiadanie) musi mieć jakiś wstęp, rozwinięcie (tu: komplikacja i rozwiązanie problemu) i zakończenie. To takie minimum. O wysokich kompetencjach świadczą komentarze odautorskie (Ta przygoda dużo mnie nauczyła).

Umiejętność opowiadania można wyćwiczyć.

Cel: poprawa dykcji poprzez wolniejsze i wyraźniejsze wymawianie samogłosek w sylabach akcentowanych oraz spowolnienie mówienia

Dla dzieci:

  • z niepłynnością mowy,
  • mówiących niewyraźnie i za szybko,
  • mówiących z zaciśniętymi zębami, za mało otwierających usta.

Przebieg: Nasze ręce są paszczą krokodyla, która otwiera się podczas mówienia. Wymawianie słowa trwa tak długo, jak ruch otwarcia i zamknięcia paszczy. Mówimy dziecku, że krokodyl jest zmęczony, więc mówi baaardzo wolno. Wymyślamy słowa, które wypowiadamy jak zmęczony krokodyl. Ruch rąk sprzyja spowolnieniu mowy.

Uwagi: dobrze sprawdzają się w tej zabawie sylaby zamknięte: dam, wam, znam, gram, cham, mam, tam itd. Paszcza krokodyla, czyli nasze ręce, zaczyna otwierać się na spółgłoskę, szeroki ruch ramion zajmuje cała samogłoska w śródgłosie, a zamknięcie sylaby spółgłoską łączy się ze złączeniem paszczy/rąk.

Udanej zabawy!

Rósł sobie las. W lesie stał mały domek, w którym mieszkała rodzina: mama, tata i sześcioro dzieci: 1,2,3,4,5,6: A, O, U, E, Y, I. Pewnego razu mama znalazła na podwórku wyjątkowy kamień.

– Ach! – krzyknął A.

– Och! – wyraził zachwyt O.

Zainteresowanie okazały także inne dzieci: Ech! Uch! Ich! Ych!

O podniósł kamień.

– Sprawdźmy, jak można się nim bawić.

Rzucił nim o ziemię i krzyknął donośne: BAM!

Pozostałe dzieci też chciały spróbować. Rzucały kamieniem, krzycząc głośno: BOM, BEM, BUM, BYM, BIM.

A zaczął się nudzić i ziewnął. Ziewnęły też pozostałe dzieci. O kichnął: O-psik. Kichnęły też pozostałe dzieci: A-psik, U-psik, E-psik, I-psik, Y-psik.  E kaszlnął.

Tata wychylił się przez okno i zawołał dzieci: A-0, E-U, I-Y.  Wszystkie pobiegły do domu na obiad. Było pycha: mniam, mniam, mniam. Nagle dzieci usłyszały piosenkę, dobiegającą z podwórka: la la la la la la la. Wyjrzały przez okno. To z kamienia wydobywały się te dźwięki. Kamień był magiczny! Okazało się, że można zamawiać u niego piosenki. Dla każdego z dzieci zagrał inną piosenkę: le le le le le le, lu lu lu lu lu, li li li li li, ly ly ly ly ly, lo lo lo lo lo.

A jaką piosenkę zagra kamień dla Ciebie?

Uwagi: bajkę można rysować, opowiadając.

  • Wyłączenie telewizora

O tym, że zbyt długie oglądanie telewizji przez dzieci źle wpływa na rozwój mowy, wiadomo powszechnie. Mniej zwraca się uwagę na telewizję w tle. Dziecko, które przebywa w pomieszczeniach wypełnionych jakimiś stałymi dźwiękami, nauczy się je ignorować. Zrodzi się wtedy problem ze słuchaniem (nie mylić ze słyszeniem).

  • Częstsze wyjścia na plac zabaw

Dzieci rozwijają się poprzez ruch. Mowa też jest ruchem. W pierwszej kolejności dzieci muszą opanować umiejętności związane z motoryką dużą, małą, a dopiero potem można myśleć o sprawności artykulacyjnej. Przykładowo, jeśli dziecko ma zaburzoną równowagę, nie wykształci dobrej zdolności do celowych ruchów językiem (praksja).

  • Pozwolenie dziecku na brudzenie się

Znaczenie sensorycznych doświadczeń dla rozwoju dzieci doceniane jest dopiero wówczas, kiedy zaczynają się problemy, takie jak na przykład brak umiejętności gryzienia, obronność dotykowa czy znacząco obniżona sprawność manualna. Kiedy Twoje dziecko brudzi się piaskiem, kamieniami, błotem, farbą czy jedzeniem – pozwól mu. Takie zabawy rozwijają bardziej niż pisanie liter [1].

  • Swobodna zabawa na dziecięcych zasadach

Twoje dziecko potrzebuje rodzica, nie terapeuty. Usiądź koło niego na podłodze, zapomnij o tym, że chcesz je czegoś nauczyć, poobserwuj je i dołącz do zabawy. Nie psuj dziecięcych pomysłów, nie poprawiaj, nie narzucaj własnych rozwiązań, nie przepytuj z kolorów czy liczenia. Baw się.

  • Komentowanie otoczenia

Nazywaj to, co robi dziecko, a także to, co ty robisz w danym momencie. Ubarwiaj spostrzeżenia wyrażeniami dźwiękonaśladowczymi albo różnymi powiedzonkami (Spadła piłka: ojojoj.;  Baba idzie: tup tup tup).

  • Pozwalanie dziecku na doświadczanie samodzielności

Niech je samodzielnie, choćby miało pobrudzić całą kuchnię. Niech próbuje zakładać samodzielnie buty albo czapkę. Nie mów nigdy, że jest na coś za małe albo że nie może czegoś robić, bo jeszcze nie umie. Umożliw mu doświadczanie sukcesu na jego poziomie rozwoju.

  • Otwartość na dziecięce komunikaty

Nauka komunikacji nie zaczyna się wtedy, kiedy dzieci opanują pierwsze słowa. Umiejętności, jakie dzieci powinny nabyć w okresie przedsłownym, jest naprawdę dużo. Ich trening odbywa się poprzez doświadczanie bycia w relacji z drugim człowiekiem (rodzicem). Otwórz się na to, co dziecko chce ci przekazać. Jeśli będziesz ignorować jego komunikaty niewerbalne, stłumisz jego motywację do komunikacji. Dialogiem jest już naprzemienna wymiana uśmiechów. Nie wystarczy do dziecka mówić. Komunikacja musi być dwustronna. Dzieci „zagadane” nie będą mówić lepiej, one się z mówienia wręcz wycofają.

[1] Wspominam o tym pisaniu liter dlatego, że często spotykam się z próbami uczenia dzieci umiejętności nieadekwatnych do ich aktualnego poziomu rozwoju. Przykładowo: dziecku, którego poziom rysunku jest na etapie bazgroty, można zaproponować zabawę w malowanie dłońmi po wielkim arkuszu papieru, a nie kolorowania na ograniczonej konturem przestrzeni.

0 2605

Jak odróżnić literę M od W? Mój pomysł polega na zbudowaniu skojarzenia: M przypomina koronę (u motyla na głowie), a tę rysuje się do góry. Korona jest na głowie, czyli na górze. Litera W przypomina spodnie wujka. Spodnie nosi się nisko, rysuje się je w dół. Obrazki-przypominajki można powiesić nad łóżkiem.

Cel główny: nauka słów: kot, płot, mucha, ucho.

Sposób realizacji celu: palcem dziecka wskazujemy elementy wymienione w rymowance. Kiedy dziecku osłucha się wierszyk, robimy pauzy, np. „To jest …. (płot)”. Kiedy dziecko będzie gotowe, skończy za nas wers.

Uwaga: nigdy nie jest tak, że dziecko nie mówi, bo jest leniwe. Jeśli nie mówi, to znaczy, że jest ku temu przeszkoda i tę trzeba odkryć.

Co poza nauką słów zyskujemy poprzez zabawę z tego typu rymowankami?

Zalety, nazwijmy je emocjonalne: budowanie relacji z dzieckiem.

Zalety związane z rozwojem funkcji poznawczych:

  • kształtowanie uwagi i pamięci słuchowej,
  • ujmując kwestię obrazowo: „ogarnianie” struktury zdania – dziecko zapamiętuje schematy prostych zdań typu (To jest płot.)

Co można dodatkowo: okleić niektóre elementy rysunku różnymi fakturami, dzięki czemu dziecko będzie doświadczać nie tylko bodźców wzrokowych i słuchowych, ale też dotykowych.

Dla kogo taka zabawa: dla dzieci, które są na etapie nabywania pojedynczych słów, ale też takich, które budują już pierwsze zdania. Warunkiem wstępnym jest zainteresowanie książeczkami. Jeśli dziecko jest na etapie bawienia się tylko zabawkami, a nie wykazuje zainteresowania rysunkami, nie warto ich do tego zmuszać. Rysunek jest być może jeszcze nie na jego etapie rozwojowym. Można wtedy zilustrować treść rymowanki maskotkami. Być może trzeba będzie skrócić długość wierszyka, żeby dostosować go do możliwości skupienia uwagi danego dziecka. Najogólniej mówiąc: wszystko, co się robi, trzeba dostosować indywidualnie do danego dziecka. Wymyślony przeze mnie wierszyk ma być nie instrukcją, ale inspiracją.

Podzielcie się, jeśli wymyślicie własne.

0 4761

Poprawianie wymowy dziecka w swobodnej rozmowie byłoby brutalne w sytuacji, kiedy dane głoski nie są wystarczająco utrwalone w mowie kontrolowanej. Kiedy dziecko umie wymawiać konkretne głoski w sytuacji zadaniowej, warto przechodzić stopniowo do automatyzacji w mowie spontanicznej. Mój pomysł jest metodą małych kroków. Umawiamy się z dzieckiem, że od tego momentu przez, na przykład, pięć minut zwracamy uwagę na wymowę utrwalanych głosek. W sytuacji, kiedy dziecko wypowie jakieś słowo źle, rodzic-krokodyl „łapie” go swoją „paszczą” (wyciągnięte ręce).

Zalety „Krokodyla”:

  • dziecko nie znienawidzi rodzica za denerwujące poprawianie, bo w „Krokodylu” „łapanie”, tj. poprawianie, jest zabawne;
  • kontrolowanie wymowy początkowo tylko przez kilka minut jest celem realnym do osiagnięcia, nie demotywującym.

W innej wersji zabawy to dziecko jest krokodylem i łapie rodzica (ćwiczenie słuchu fonemowego).

Pobierz KROKODYLA w formacie PDF

0 3695

Nauka głoski w izolacji to nie koniec terapii, ale początek. Zanim dziecko zacznie używać danej głoski w codziennej rozmowie, musi pokonać długą drogę. Poszczególne etapy umieściłam w swojej wersji lalometru. Poziom „Umiem celowo mówić nieprawidłowo” jest nieobowiązkowy, bo wymaga naprawdę dużej świadomości.
.

Pobierz PDF

Umożliwienie dziecku komunikowania „chcę jeszcze” i „koniec” jest ważne z kilku powodów. Przede wszystkim dziecko otrzymuje informację zwrotną, że jego zdanie jest ważne dla rodzica, co ma wpływ na rozwój emocjonalny. Po drugie przekazanie „jeszcze” i „koniec” zawsze jest efektem wzbudzenia w dziecku motywacji wewnętrznej do nadania komunikatu. Po trzecie jest to informacja, którą mogą się nauczyć przekazywać dzieci w okresie przedsłownym. Nie jest wymagane rozumienie zdań, dlatego na początek nauki porozumiewania się są to komunikaty bardziej uzasadnione niż „tak”/”nie”.

Jak nauczyć dziecko komunikować „chcę jeszcze”?

W zabawie lub przyjemnej aktywności. Zabawa ma sprawiać przyjemność dziecku, nie rodzicowi. Zabawę przerywamy, a kiedy po reakcji dziecka widzimy, że chce ją kontynuować, mówimy: „Widzę, że chcesz jeszcze” i pokazujemy jakiś wymyślony gest lub umowny obrazek. Po wielu powtórzeniach dziecko powinno samo komunikować nam, że chce się dalej bawić. Kiedy będzie gotowe, wypowie owe „chcę jeszcze” słownie, rezygnując z pomocniczego gestu lub symbolu. Dzieci zawsze wybiorą słowo, jeśli tylko są w stanie go powiedzieć.

Specjalistą od komunikacji w okresie przedsłownym, szczególnie u dzieci, u których są małe szanse na porozumiewanie się werbane, jest Pani Dr Magdalena Grycman. Polecam jej profil zawodowy na fb.

W co się bawić?

Każde dziecko jest inne, więc aktywności trzeba dobrać do preferencji każdego z osobna. Są jednak takie zabawy, które podobają się większości dzieciom. Największą popularnością cieszą się bańki mydlane. Do niedawna myślałam, że na bańkach się znam: wystarczy rurka i płyn. Przekonałam się, że zabawa może być znacznie lepsza. Firma Tuban zaprosiła mnie do przetestowania swoich baniek. Pojemniki zdobią znane dzieciom postaci. Bańki można robić w sposób tradycyjny dzięki patyczkowi z kółkiem albo przez rurkę (więcej i mniejsze), a także przez drążek ze sznurkiem. Te są najlepsze: podłużne i wielkie, nie trzeba dmuchać – wystarczy poruszać delikatnie sznurkiem. Zachwyt wśród dzieci, które pomogły mi przetestować bańki, wzbudziły także rękawiczki. Dzięki nim bańki można złapać, a nawet odbijać.

Zobaczcie na zdjęciach bańki, które udało się nam zrobić.

Profil firmy na fb: tutaj.

Strona firmowa: tutaj.

 

Grzeczne dziewczynki z pierwszej ławki wcale nie osiągają sukcesów w życiu. Łobuzy z ostatniej też. Najlepiej radzą sobie pasjonaci, o ile nie podetnie im skrzydeł rodzina i szkoła. Mam na myśli głównie „wciskanie” błędnych przekonań. Skupię się na polskiej szkole. Za co jej nie lubię?

  • Szkoła uczy, że błędy to porażki.  Konsekwencją takiej strategii jest unikanie przez uczniów porażek, co przejawia się w oszukiwaniu. Ciekawe zjawisko występuje na studiach podyplomowych dla nauczycieli, kiedy sami wchodzą w rolę uczniów: stosują te same szkolne strategie, dowodząc ułomności systemu. Dorośli, przekonani o tym, że błędy są porażkami, unikają ryzyka, boją się cudzych opinii, nie chcą się „wychylać”. Zdecydowanie zdrosze dla zdrowia psychicznego i samorozwoju jest przekonanie: „błędy to informacje zwrotne, które pozwalają się uczyć”.

 

  • Wytyka błędy, nie dostrzega plusów. Co bardziej zachęciłoby Jasia do staranniejszego prowadzenia zeszytu: piędziesiąte z rzędu upomnienie „Pisz staranniej” (koniecznie czerwonym długopisem) czy narysowanie zielonym (!) kolorem uśmiechniętej buzi albo korony na stronie (przy wersie) napisanym najładniej? Czy nie większy sens ma wzmacnianie dzieci za to, co zrobiły dobrze, zamiast wytykać im na każdym kroku błędy? Informacja zwrotna pod zadaniem mogłaby składać się z pozytywnych zdań: „Podoba mi się, że…, Cieszę się, że pamiętasz o…, Jestem z Ciebie dumna, że…. Wspaniale, że… itd…”.

 

  • Jeśli masz problem, otrzymujesz informację zwrotną: „Jesteś beznadziejny”. Uczeń z deficytami ma w szkole przechlapane. Szansa na rozwinięcie mocnych stron – żadna. Taki, na przykład, dyslektyk spędzi tysiące godzin na „dłubaniu” w zeszycie, żeby „wyrównywać braki” zamiast rozwijać zainteresowania. Zrozumienie specyfiki różnego typu zaburzeń przez nauczycieli jest niewystarczające, ale wcale nie uważam, że anglista powinien skończyć kurs integracji sensorycznej i studia z pedagogiki specjalnej. Minimalna wiedza jest jednak konieczna do tego, by dzieci z deficytami nie były postrzegane  jako „głupki”. Zamiast informacji zwrotnej „Jesteś beznadziejny, bo masz problem” lepiej przekazać: „Każdy ma z czymś problem, ty masz z tym. Pomogę Ci się z tym uporać”.

 

  •  Do szkoły chodzi się po to, żeby się dowiedzieć, czego trzeba się będzie nauczyć samemu w domu i co nam grozi za lenistwo (oblanie matury, kopanie rowów). Podstawowym sposobem motywowania uczniów do nauki jest zastraszanie. Taki sam system jest powszechny w zakładach pracy. O ile w zarządzaniu coraz częściej mówi się o tym, że większe sukcesy osiąga firma, której szef nie jest tyranem kontrolującym pracowników, o tyle w szkole nie zmienia się nic.

 

  • Szkoła nie uczy, jak się sensownie uczyć. Osobiście dopiero po trzydziestce uświadomiłam sobie, jak bezmyślnie uczyłam się przez wiele lat swojej edukacji. Szkoła nie uczy rozumieć, ale bezmyślnie odtwarzać. Wspominam przepisywanie do zeszytu definicji, uczenie się na pamięć biologii i historii, referaty punktowane za ilość stron. Czy w takim systemie można postrzegać wiedzę jako wartość?

 

  • System szkolny opiera się na nagrodach i karach. Stawianie ocen skutecznie zabija motywację wewnętrzną. Uczniowie uczą się tylko dla ocen, co jest podsycane przez rodziców, którzy pytają: „Jaką dziś dostałeś ocenę?”. Podpowiem, że sensowniejszym pytaniem jest: „Czego się dzisiaj nauczyłeś?”. Kiedy powiedziałam uczniom z klasy IV, że oceny nie mają żadnego znaczenia, liczy się tylko to, co się wyniosło ze szkoły, co się zapamiętało – powiedzieli mi, że to nieprawda, bo w szkole liczą się TYLKO oceny. Takie przekonanie budują nie tylko nauczyciele, ale i rodzice, robiąc za dzieci zadania domowe. I to nawet na zajęcia logopedyczne! Osoby wychowane na takim systemie nie dążą do samorozwoju. Nie ma się co dziwić, że Polacy nie czytają książek, skoro po skończeniu szkoły nikt już za to nie stawia piątek.

 

  • W szkole marnuje się dużo czasu. Jest wiele takich dni w roku, kiedy przychodzi się do szkoły tylko po to, żeby sobie posiedzieć w ławce – na przykład przed świętami albo po wystawieniu ocen (bo wiadomo, że chodzi tu tylko o oceny, więc nauka bez nich traci sens).

 

  • Z nauki robi się obowiązek, zamiast kształtować motywację wewnętrzną, wzbudzać ekscytację, rozwijać zainteresowania. Nauka mogłaby być frajdą. Pytanie, czy dla nauczycieli jest. Znam takich, którzy chodzą na szkolenia tylko z obowiązku (bo dyrektor wytypował). Nauczyciel bez entuzjazmu nie wzbudzi zainteresowania przedmiotem – tak mi się przynajmniej wydaje, że ma marne szanse.

 

  • Dyrektywność. Nauczyciel jest w klasie panem i władcą. Autorytet wielu budowany jest tylko poprzez władzę. Dzisiaj jest pod tym względem znacznie lepiej niż kiedyś. Ze swojej szkoły pamiętam słowne poniżanie uczniów, dyskryminację, a nawet przemoc. Im bardziej dyrektywny nauczyciel czy rodzic, tym bardziej bierne dzieci.

 

  • Pogadanki, inaczej mówiąc: najmniej skuteczna i najbardziej wkurzająca metoda wychowawcza. Pokrzyczymy, ewentualnie każemy pokrzyczeć rodzicom i sprawa załatwiona. O nieskuteczności takiej formy dyscyplinowania pisał już Thomas Gordon w „Wychowaniu bez porażek”. Nikt nie lubi, kiedy mu się wytyka błędy. Powstaje bariera komunikacyjna, bo ten wytykający stawia siebie w pozycji kogoś wiedzącego lepiej, mądrzejszego itp. Przypomina mi się rysunek Marty Frej z kobietą myjącą podłogę na kolanach: „Mycie podłogi ma jedną zaletę: nikt nigdy nie próbuje ci udowodnić, że zrobi to lepiej”.

 

  • Szkoła jest fabryką „coach potato”. Uczniowie są w szkole unieruchomieni przez kilka godzin w ławkach, mają zakaz biegania po korytarzach. Brakuje im ruchu. Szkoła przyczynia się więc do odzwyczajania dzieci od ruszania się. A potem taki dorosły już tylko leży z pilotem w ręku biernie konsumując „Ukrytą prawdę”.

 

  • Szkoła oducza samodzielnego myślenia. Najlepiej funkcjonują w szkole dzieci przeciętne. Ani za mądre, ani za głupie. Takie po środku, czyli nijakie. Nie zadające niepotrzebnych pytań, mało dociekliwe, posłusznie wykonujące zlecone zadania. Idealni będą z nich pracownicy, nieprawdaż?

 

  • Szkoła niszczy wyobraźnię i indywidualizm. Dlaczego? Bo zmusza do myślenia schematami, trafiania w klucz.

 

  • Szkoła nie bierze na siebie odpowiedzialności za efekty edukacyjne. Winą za niepowodzenia obarczany jest sam uczeń (no taki leniwy) i jego rodzice (no nic z nim nie robią).

 

  • W szkole króluje pesymizm. Nie lubię rozkładania rąk w poczuciu beznadziei z pytaniem „Co ja mogę w takich warunkach?”. Nie podoba mi się zwalanie winy na system, rodziców. Zamiast narzekać na warunki i okoliczności, lepiej przeanalizować zasoby i możliwości i zaplanować strategię działania najsuteczniejszą w danej sytuacji. Przy tym punkcie postawię jednak gwiazdkę: znam nauczycieli, których nie zniszczył osobisty pesymizm, ale zarobki i/lub dyrekcja.

 

 

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress