Przychodzi baba do lekarza… To niestety nie będzie dowcip.

Przychodzi baba do lekarza… To niestety nie będzie dowcip.

0 1032
 lekarz
Przychodzi baba do lekarza.
— Panie doktorze, proszę mnie leczyć.
— Dobrze, dobrze. To ja panią zbadam.
— Ależ, nie, nie! Ja już zostałam zbadana przez pana doktora Jajeczkę.
— No tak, ale skoro ja mam panią leczyć, to też muszę się zapoznać z historią choroby, zlecić ewentualnie dodatkowe badania…
— Oj, nie, nie! Pan Jajeczko postawił diagnozę i on mnie zna, wszystkie moje choroby i niedomagania i on panu napisze, jakie mi trzeba zapisać leki.
— Och! Rozumiem, że nie chce mnie pani dopuścić do procesu diagnozy…
— No tak! Przecież mnie pan nie zna. A pan Jajeczko zna mnie już dwa lata i on dobrze wie, jakich mi trzeba leków. I ja chcę, żeby mi je pan przepisał, ja tu będę zaglądać regularnie i będę sprawdzać, czy aby na pewno wszystkie nazwy zgadzają się z tym, co tam pan Jajeczko zapisał. No i chciałabym, żeby pan przynajmniej raz w tygodniu jeździł na konsultacje do pana Jajeczki, bo on będzie sprawdzał, czy pan umie leczyć. I od tego warunku nie odstąpię!

— Aha. Rozumiem, że naszą współpracę widzi pani w ten sposób, że ja jako lekarz drugorzędny…
— Nie musi pan tak tego odbierać. Ja przecież nie mówię, że się nie zgadzam na to, by pan wyrażał swoje zdanie, ale nie może być tak, że pan mi coś zapisze bez konsultacji z panem Jajeczką. Bo jeśli pan Jajeczko każe mi, na przykład, chodzić na spacery raz dziennie, a pan uzna, że mogłabym dwa razy dziennie, to mogą się przecież panowie spotkać i twarzą w twarz porozmawiać — jeśli ma pan odwagę. No i jeśli się pan Jajeczko zgodzi, to ja będę spacerować choćby pół dnia.
— Hmm… Cieszę się, że jasno określiła pani swoje warunki. Nie podejmuję się leczenia pani. Satysfakcji zawodowej nie miałbym żadnej, gdyby mnie pozbawiono odpowiedzialności za własne decyzje.
— Ależ to nie chodzi przecież o pańską satysfakcję zawodową, ale o moje zdrowie. Co, pan!
— No tak…
A teraz chwila refleksji. Przytoczona, zmyślona historia ma zobrazować kuriozalność rozmowy, w jakiej ja sama miałam okazję uczestniczyć. Pewna instytucja zaproponowała mi prowadzenie zajęć z małym dzieckiem. Zgodziłam się i umówiłam na rozmowę z rodzicem. Tenże dobrze wiedział, czego ode mnie oczekuje, a co mnie się wydało nie do przyjęcia. Ktoś chciał mnie pozbawić kompetencji, uprawnień (i po cóż ci ten dyplom, idiotko!) i odpowiedzialności zawodowej.

I tak sobie myślę, że historia z lekarzem i babą zakończyłaby się pewnie tym, że lekarz by tę babę wyśmiał. Jak zareagowałby logopeda?  Ja umowy nie podpisałam. Jeśli jednak ktoś miałby ochotę, służę informacją o wakacie.

BRAK KOMENTARZY

Skomentuj