Zrób zadanie, a dostaniesz cukierka – o pułapkach motywowania zewnętrznego

Zrób zadanie, a dostaniesz cukierka – o pułapkach motywowania zewnętrznego

Po szkoleniu z terapii behawioralnej miałam ochotę wykorzystać zdobytą wiedzę w praktyce. Jako że nie znałam wówczas alternatyw dla tego podejścia, nie miałam sprecyzowanych poglądów na kwestię motywowania dzieci. Wydawało mi się w swej naiwności, że sposób jest tylko jeden: nagradzanie. Przeżyłam przynajmniej trzy porażki, które stały się podwalinami pod szukanie nowych dróg.

Porażka nr 1 – cel uświęca środki w szkole podstawowej

W trzydziestoosobowej klasie V wprowadziłam system żetonowy – zasady określiłam z góry, każdy miał swoją kartkę, na której zbierał punkty. Nagroda była wszystkim znana. Czy dzieci poczuły się zmotywowane? Oczywiście! Wizja nagrody doprowadziła do sytuacji, w której uczniowie nie liczyli się z jakością wykonywanych zadań – wybierali jak najłatwiejsze i najszybsze rozwiązania. Celem była nie przyjemność z wykonywanej aktywności a nagroda. Jej brak powodował histerię. Dosłownie – histerię! Bardziej zmartwiły mnie jednak oszustwa, jakich dopuszczali się uczniowie, by zdobyć nagrodę. Oni walczyli o nią, nie licząc się z kolegami (po trupach do celu) i lekceważąc zasadę uczciwości (cel uświęca środki). Nie tego ich chciałam nauczyć.

Porażka nr 2 – jak kilkulatek próbował ominąć system

System żetonowy postanowiłam wypróbować na własnym dziecku. Wprawdzie w klasie się nie udało, ale na pojedynczym dziecku mogło być inaczej. Łudziłam się. Mój syn szukał najróżniejszych sposobów na szybkie zdobywanie punktów. Mocno zaniepokoiła mnie sytuacja, kiedy zapytał babcię, czy chce jabłko. Kiedy ona nie była zainteresowania – popłakał się, że przez nią nie dostanie nagrody.

Porażka nr 3 – nagroda albo psikus

Wychowawca zaproponował dzieciom system żetonowy. Punkty przyznawano za pilną pracę, także na zajęciach dodatkowych. Dzieci były zmotywowane, z tym, że nie do pracy, a do dostania nagrody. Zadania wykonywały szybko, niestarannie i „na sztuki” – każde ćwiczenie wiązało się bowiem z punktem. Dzieci szybko dostrzegły zależność: im więcej zrobią zadań, tym lepiej. Nie liczyła się dla nich jakość wykonania. Odmowa przyznania punktu w sytuacji, kiedy wiedziałam, że uczeń nie włożył żadnego wysiłku w poprawne wykonanie zadania (toż to za chęci też się należy, ich zdaniem, nagroda), rodziła złość, agresję i poczucie tragedii.

Dalekosiężne konsekwencje nagradzania

Mimo iż motywacja zewnętrzna w postaci pochwały, naklejki czy zabawki wzmacnia zaangażowanie dziecka, jej dalekosiężne skutki niekoniecznie będą zadowalające. Dzieci poddane intensywnemu behawioralnemu wzmacnianiu mają dużo mniejsze szanse na sukces w dalszej edukacji (w szkole średniej czy na studiach) i w życiu dorosłym, kiedy nikt nie będzie nagradzał ich wysiłków, a sami nie będą czerpać przyjemności z poszerzania wiedzy. Nigdy nie uczyli się przecież dla osobistej satysfakcji.

Co więcej – od wzmocnień w postaci pochwał czy nagród rzeczowych można się uzależnić. Zdarzyło się Wam pewnie usłyszeć w ust dziecka pytanie: „Co ja z tego będę miał?”. Te, wobec których zastosowano system żetonowy, szczególnie często pytały mnie, czy za zrobienie czegoś dostaną punkt, nawet wówczas gdy były to kwestie związane z codzienną życzliwością i pomocą koleżeńską. Dopominały się o nagradzanie za wszelkie przejawy zachowań pożądanych, nie odczuwając osobistej satysfakcji z samej pomocy komuś czy wykonania czegoś.

Wyjścia awaryjne

Jeśli nagradzanie nie zawsze jest dobrą strategią, jaka postawa może okazać się skuteczna? Wielu nauczycieli wychodzi z założenia, że dziecko musi się podporządkować i robić wszystko, co się mu narzuci. Także w terapii behawioralnej nie pyta się dziecka, czy ma ochotę wykonać jakieś zadanie. Ono dostaje polecenie i musi je wykonać. Taka strategia jest skuteczna tylko na krótką metę.

Zmuszanie dziecka do wykonywania ćwiczeń wywołuje u niego stres, a ten nie sprzyja funkcjonowaniu poznawczemu, głównie pamięci. Kiedy mózg podpowiada ucieczkę, trudno myśleć konstruktywnie o rzeczach, które są nam narzucane. Jeśli w zajęciach uczestniczy dziecko, w swoim odczuciu: „za karę” – nie tylko nie zdobędzie oczekiwanych umiejętności, ale nabawić się może problemów emocjonalnych. Myślę w tym momencie głównie o poczuciu braku kontroli nad własnym życiem (a chcą ją mieć wszyscy bez względu na wiek) i – co się też z tym wiąże – obniżonym poczuciu wartości.

Jako że staram się wyciągać wnioski z porażek, traktując każdą jako cenną informację zwrotną, zaczęłam analizować konsekwencje motywowania zewnętrznego i czytać – już nie behawioralne – a humanistyczne teorie. Mimo iż nadal stosuję wzmocnienia zewnętrzne (nie umiem u wszystkich dzieci wzbudzić motywacji wewnętrznej do wykonywania wielu logopedycznych zadań), robię to bardziej świadomie. Ale niech to będzie temat już na inny post;-)

4 KOMENTARZY

  1. Przeczytałam wpis i zastanawiam się, czemu zastosowała Pani tę metodę w odniesieniu do niezaburzonych dzieci w klasie szkolnej? Przecież jest to metoda terapeutyczna, którą stosuje się do dzieci z poważnymi deficytami motywacji. Zastosowanie jej do dzieci niezaburzonych nie ma sensu, bo je powinno się motywować wewnętrznie. Ale krytykowanie metody terapeutycznej zastosowanej w odniesieniu do dzieci bez dysfunkcji nie jest dla mnie zrozumiałe.

    • Sam system żetonowy nie jest metodą a sposobem wykorzystywanych często w terapii behawioralnej. Nie można go natomiast utożsamiać ze wszystkim, co proponuje sama metoda. Systemy żetonowe są powszechnie stosowanymi i najczęstszymi sposobami motywowania dzieci, stosowanymi częściej ze zdrowymi niż „zaburzonymi”, jak je Pani nazwała, dziećmi. Mało kto zastanawia się nad konsekwencjami ich stosowania, dlatego podzieliłam się swoimi spostrzeżeniami z czytelnikami bloga.

      Nawiązując do Pani refleksji, dodam jeszcze, że terapia behawioralna bywa stosowana nie tylko z dziećmi „zaburzonymi”, ale także z tymi „zdrowymi” jako sposób na modyfikację zachowania. Kryterium wyboru tej a nie innej nie jest brak motywacji u dziecka. Motywację ma się zawsze, tylko niekoniecznie do tych rzeczy, o których marzy się nauczycielowi:) Świadomie stosowana ma wiele plusów i tego nie kwestionuję.

      Nie rozumiem, dlaczego uważa Pani, że dzieci zdrowe motywować trzeba wewnętrznie, a te inne (nie wiem, jakie ma Pani na myśli – z niepełnosprawnością intelektualną?) zewnętrznie. Nawet te dzieci, które mają ogromne deficyty poznawcze, wolałaby nauczyciela, który umożliwia im zdobycie motywacji wewnętrznej. W terapii dzieci z każdym stopnień niepełnosprawności intelektualnej stosuje się podejście niedyrektywne i zdaje ono egzamin.

  2. Dziękuję za odpowiedź. Momentami mam wrażenie, że w mojej wypowiedzi przeczytała Pani więcej, niż napisałam. Myślę, że w gruncie rzeczy widzimy sprawy bardzo podobnie. Wrażliwa jestem jednak na generalizowanie i przedstawianie metody behawioralnej i teorii „humanistycznych” w opozycji. Każdy człowiek jest przecież inny. Dzieci też różnie zareagują na ten sam sposób postępowania, bo każde potrzebuje czego innego. Zarówno jedno jak i drugie podejście mają swoje plusy i minusy. W swojej praktyce spotykam się jednak bardzo często z wyznawcami jednej słusznej metody, którzy szukają poparcia swojego zdania także w takich artykułach. Dlatego zwróciłam na niego uwagę, bo jestem przekonana, że środowisko szeroko rozumianych terapeutów powinno razem dbać własnie o ten prulalizm metod i tłumaczenie rodzicom, że trzeba cierpliwie szukać najlepszej metody dla swojego dziecka, uważnie je obserwując, a nie zasadzać się jako wyznawca jednej słusznej metody i szukać potwierdzenia swoich przekonań. Stąd pozwoliłam sobie na komentarz. Proszę nie traktować go jako słowo ad personam, lecz tylko życzliwy głos równowagi dla osób, które po przeczytaniu tego artykułu odniosą wrażenie, że metoda behawioralna jest ogólnie nieodpowiednia a dużo lepsze jest podjeście humanistyczne. Pozostaję w życzliwości i życzę wielu dobrych chwil w pracy zawodowej. K.K.

    • Nie chciałabym atakować żadnej z metod. Nawet jeśli nazywam swoje obawy i dzielę się dostrzeżonymi minusami nie stoję w roli przeciwnika jakiejkolwiek. Cieszę się, że podzieliła się Pani spostrzeżeniami – będę na przyszłość bardziej zwracać uwagę na dobór słów i sposób formułowania myśli, żeby nie zostało to w ten sposób odebrane. Pozdrawiam serdecznie:)

Skomentuj